czwartek, 23 sierpnia 2012
autodestrukcja
Pokryte szarym kurzem półki, zgaszone światło, chaos... czas strasznie przelatuje mi przez palce. Brakuje mi ogromnej części mnie. Wiem, że nie jestem jedyna taka, pośród wszystkich zjawisk i tych ulotnych chwil, niewidocznych celów i postaci. Ale zarazem czuję się taka inna wśród natłoku myśli różnych i różnobarwnych. Wrażliwa, zbyt świadoma wytkniętych błędów, czasem niechciana, lecz uparcie wytrwała. Mam wrażenie, że lewituję w beznamiętnej próżni, a może w morzu potrzeb z łezką nadziei, czy też ze szczęśliwym płomykiem na ustach. W takie puste dni jest mi to obojętne.
Mimo muzyki płynącej z głośników cisza głucho uderza o moje ściany, ten dźwięk w pustej głowie, te cztery książkowe strony świata i ta jedyna strona mnie gdzie jestem na zawsze pochłonięta w sny zrodzonej krainie. Moja wyobraźnia jeszcze tego wszystkiego nie ogarnia.
Warszawa… miasto, które codziennie ociera pot z olbrzymiego czoła, skrzypi i ociera się o samozagładę dusząc się białym, niepozornym, kłębiastym smogiem z własnego serca – fabryki – dla wielu fabryki marzeń i niedoścignionych snów... słów. W zgiełku tego świata przyjdzie mi walczyć znowu o przetrwanie. Puste nocą ulice mimo wszystko zioną strachem, rozwydrzone ulice. Jednak to tu pojednały się ze sobą moja rzeczywistość i senne marzenia, tu obdrapana i pomazana szczeniackimi bohomazami ławka nie kłuje w rozmarzone oczy. Najgłośniej jest jednak w nocy... gdy myśli ścigają się z pędzącymi samochodami. Bezkresu horyzont, gasnąca tuż obok meritum miejskich spraw wielka latarnia słońca zagląda do okna. Strzeliste, ciemne budynki jak płuca miasta wdychają przez szyby to, co na zewnątrz najbardziej wartościowe a zarazem najbardziej im samotnym duszom przydatne, wdychają drzwiami pochodzące prosto z zatęchłych gorącym i nagłym deszczem ścian suche powietrze. Ulice smętnie płaczące niezawinionymi łzami, bo nie potrafią nic zrobić, gduy ludzie są smutni z ich powodu. Twoje, moje, nasze i innych to morze... rozbrzmiewa na wpół radośnie, zalotnie odprawia turystów, którzy sięgnęli celu podróży. Wszystkie te obce domy, w tym obcym mieście chwytają się silnie w zwartym szyku, w potajemnym uścisku. Ich odpowiednikiem są zielone, iście rajskie drzewa na obrzeżach miasta. Tam mam nauczyć się żyć na nowo. Ten blok to tylko przesączone na wskroś melancholią, twarde niczym nigdy nie przebyty mur ściany, okna wyglądające na świat z pełną refleksji zadumą i drzwi zacinające się od zewnątrz w obawie przed jeszcze większym złem. Zasłony przed światem poruszają się niespokojnie na wietrze niczym duchy przeszłości, przeobrażają się w wieczorny zachód słońca, w dekadencką atmosferę dusznych przemyśleń. I może być dobrze gdy wszyscy wokoło będą śmiać się bez wyjątku i pocieszać nawzajem w chwilach wzmożonego smutku.
Czy masz czasem wrażenie, że gdy idziesz ulicą całe zmęczenie i smutek mijających Cię ludzi spada właśnie na Ciebie...? Ja w takich chwilach chcę tylko jak najszybciej znaleźć się już w moim bezpiecznym kącie, jednak nawet tego mam już ostatnio dosyć... dosyć tej niechęci czającej się tuż za rogiem. Spędzam tu większość mojego czasu. Mimo słonecznej pogody czy deszczu, kiedy mogłabym chłonąć całą radość na zewnątrz, wolę krztusić się tą statecznością i otępieniem. Momentami zwyczajnie siadam na łóżku i bezradnie patrzę na to, co mnie otacza z myślą 'co mam robić'. Bo zwyczajnie nie wiem. Kiedy jest się samym dla siebie nie zawsze widać sens wykonywanych czynności, wiele rzeczy traci znaczenie. Wykonujesz mało ważne dla Ciebie, przyziemne czynności do których zmusza natrętna rzeczywistość. Czy coś z tego kiedykolwiek postaram się zmienić... czy zmieni się gdy opuszczę to miejsce? A może razem z ubraniami spakuję do torby taką siebie…?
Małe tęsknoty, wielkie potrzeby, puste serce, zapłakane oczy, zmęczone dłonie… takie dni mam ochotę w całości spędzić otulona kołdrą, przespać, zapomnieć, zniknąć. Nie można zniknąć, jeszcze nie czas, nie miejsce, coś jeszcze muszę zrobić w tym życiu. Zapomnieć…tak. chcę. Jak najszybciej. Zanim wyżre mnie ten jad kłamstwa, tęsknoty i bólu od środka. Wszystkie siły witalne stracone, kilkutygodniowa rekonwalescencja nie przynosi upragnionych efektów. Zapewne dlatego, że tak naprawdę sama na to nie pozwalam. Pielęgnuję jedyne, co mi zostało – przeszywający mięśnie ból, który sprawia, że niespodziewanie oczy stają się szklane, klawiatura pokrywa się kroplami łez i nie jestem już w stanie napisać nawet słowa. Myślię.
a przecież nigdy w życiu nie chciałam mieć niczego, czego utraty bym nie zniosła.
Znajdziesz mnie może kiedyś ukrytą w Twoich uczuciach.
Czas się zatrzymał.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz