niedziela, 26 sierpnia 2012
I niby istnieje jakieś odgórne przyzwolenie dla zapijania smutków, płakania po kątach i ignorowania wszystkiego co się dzieje wokół dla osób przemęczonych psychicznie od narastającego cierpienia? Kto to wymyślił… jakaś społeczna ignorancja dla normalnego życia, tolerancja dla płaczliwych i rozemocjonowanych ludzi, załamania nerwowe w dzisiejszych czasach są na porządku dziennym, a konwenanse nakazują bliskim troskę i słuchanie tych wszystkich bredni. Trzeba kontynuować ten codzienny horror. Rano uśmiechać się do lustra podczas robienie makijażu, wymieniać skrępowane kłamstwem zdania przy śniadaniu, spędzić dzień na ogólnych czynnościach, które nie mają już większego sensu. Tymczasem wieczorem zanurzyć się w ogłupiającej zmysły muzyce, schować twarz w dłoniach i gorzko zapłakać nad własną naiwnością. Taka już jestem, powinnam przywyknąć.
Tak bardzo bym chciała wrócić na właściwy tor, zająć się tym, co sprawiało mi przyjemność. Przecież był czas, że czerpałam przyjemność z drobnych zachowań. Głupstwa wywoływały uśmiech…co tam. Uśmiechałam się bez przerwy! To było takie naturalne, takie moje. Miałam w nosie to jak widzą mnie inni, jak reagują na moje dziwne zachowania. Teraz brak mi takich dni, spontanicznych reakcji, czuję się obco we własnym ciele. Nie widzę już w lustrze tej samej osoby. To śmieszne, jak niektóre wydarzenia potrafią zmienić człowieka. Mógłby pojawić się dzień, który w całości spędzę na nieprzejmowaniu się wszystkim, spokojnie usiądę na balkonie na poranną kawę, a każdy kąt przestanie być źródłem wspomnień. Wyjdę z bloku, z radością zacznę spoglądać w przyszłość. No bo chyba kiedyś zacznę…? Prawda? Moje oczy też w końcu się zmęczą.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz